Kiedy miesiąc temu dowiedziałem się, że będziemy gościć Jarka Śmietanę na Trzebnickim Jazzie, jeszcze tego samego wieczoru zaznaczyłem w kalendarzu 11 marca 2011 roku wielkim czerwonym „iksem”. Kiedy natomiast okazało się, że przed wielkim trio wystąpią The Globetrotters i w związku z tym usłyszę dwa świetne koncerty, mój „iks” obrysowałem dodatkowo kółkiem. Już wtedy byłem niemal pewny, że zdjęcia będzie mi się robiło wyśmienicie, a obiektywna relacja z tego wydarzenia jest mało prawdopodobna.

Na miejscu byłem dwie godziny przed czasem, pozostawiłem gdzieś wierzchnie odzienie i pomaszerowałem od razu za kulisy. Tam dźwiękowcy i technicy uwijali się jak mrówki, łącząc kabelki, przełączając przyciski i klejąc taśmą izolacyjną wszystko ze wszystkim. Na miejscu byli też Globetrottersi. Prosto z drogi, trochę zmęczeni, trochę zamyśleni, trochę głodni, ale podekscytowani wspólnym graniem. Ostatnimi czasy nie grają zbyt często razem, więc jak sami przyznali, takie spotkanie, koncert to dla nich nie mniejsza frajda niż dla publiczności.

W związku z przeciągającym się oczekiwaniem na wywiad, który wraz z Patrycją Król mieliśmy zrobić dla portalu KocieGory.eu, zacząłem wnikliwiej obserwować krzątających się po scenie panów. Bernard Maseli przy wibrafonie co rusz coś podkręcał, co rusz coś poprawiał, aby chwilę potem sprawdzić efekt kilkoma energicznymi machnięciami swoich czarodziejskich pałeczek. W tym samym czasie Dawid Harlender przytargał na środek sceny jakiś podejrzany stojaczek, na którym zaczął rozwieszać przeróżne dziwne, „szamańskie” dzwonki, bzykacze, szeleszczacze i inne przeszkadzacze. Wychylając się raz za razem spoza swojego małego kramiku, wyglądał trochę jak wprawiony średniowieczny pozyskiwacz prawdy, przygotowujący się do ciężkiego dnia pracy. Z zadumy wyrwał mnie nagły błysk. To połyskujący złotem saksofon Jerzego Główczewskiego. Wydał on kilka wysokich i niskich dźwięków i szybko ustąpił miejsca Kubie Badachowi, szykującemu swoje struny głosowe do krótkiej, acz intensywnej próby mikrofonu.

Nagle otworzyły się drzwi od zaplecza i na scenę wdarł się lekki, chłodny wietrzyk poruszając nerwowo kotarami. Kiedy kotary rozchyliły się raz jeszcze, a ja oczekiwałem kolejnego podmuchu, zamiast wiatru, na scenę wkroczył sam mistrz wieczoru – Jarek Śmietana. W tej otoczce świateł i scenicznego dymu wyglądał dosyć złowrogo. Pomyślałem sobie zerkając na Patrycję… to nie będzie łatwy wywiad. Jednak żadna błyskawica nie przecięła nieba, za to obok Jarka stanął uśmiechnięty perkusista Adam Czerwiński.
The Globetrotters gdzieś się rozpierzchli. Czas gnał nieubłaganie i było go coraz mniej. Przydałoby się w końcu „wywiedzieć” tego i owego od chłopaków. Wtedy z pomocą przyszedł, nieoceniony tego dnia, Mateusz Stanisz. Podszedł do nas i powiedział, że póki Globetrottersi znajdują się w „głębokiej rozsypce”, to Jarek Śmietana chętnie z nami porozmawia.
Dostaliśmy kilkanaście minut na wywiad. Patrycja przeprowadziła go bardzo profesjonalnie, zaskakując swoim przygotowaniem i mnie, i artystę. Kiedy nasz czas się już kończył, okazało się, że mistrz gitary, z zapałem oddaje się amatorsko sztuce fotografii. I tak od słowa do słowa wywiad przerodził się w bardzo sympatyczną dyskusję.
Do rozpoczęcia koncertu pozostało jeszcze kilka minut. Sala zapełniona była raczej skromnie. Standard, myślę. Cztery lata mieszkania w Trzebnicy nauczyły mnie, że miejscowa publiczność wyjątkowo lubi przyprawiać organizatorów o lekki ból głowy. Tylko bez paniki, będzie jak zawsze, zaraz będą ludzie, zaraz wszystkie miejsca będą zajęte. Wybiła 18.00, a na korytarzu pusto, cicho, głucho. 18.05 – słychać jakieś szelesty i tupanie w oddali. 18.10 – ponad połowa sali zajęta, właśnie przybyli siedząc wygodnie rozpytują wkoło, czemu jeszcze nie grają… 18.15 – na sali prawie komplet widzów. Niesamowite… Pojęcie kwadransu studenckiego nabiera tutaj zupełnie nowego znaczenia.

Szybkie powitanie, aby nie drażnić niecierpliwej publiczności i na scenie pojawili się The Globetrotters. Koncert rozpoczął się szybko i energicznie. Chłopaki to nie „tani bojsbend”, nie przyszli tu tańczyć, kręcić kółek, ani recytować wierszy, tylko pokazać prawdziwy warsztat wokalno-muzyczny. W każdym granym utworze dało się wyczuć, że muzycy wkładają w występ całą duszę i świetnie się przy tym bawią. Świeżość, spontaniczność, radość i mnogość dialogów pomiędzy artystami musiała zadowolić nawet najbardziej wybrednych. Nie zawiódł również Kuba Badach, ani w monologach, ani w interakcjach z instrumentami. Można powiedzieć, taka wisienka na torcie, rodzynka w bitej śmietanie. Nie obyło się bez owacji i bisów.
Podczas przerwy udało nam się skupić większą część zespołu w jednym miejscu i przymusić do zwierzeń. Znowu dzięki Patrycji zarezerwowane dla nas 10 minut zmieniło się szybko w ponad 20. Ledwo udało nam się zdążyć na pierwszą solówkę Jarka Śmietany.
Jarek Śmietana Trio zagrali dokładnie tak, jak się wszyscy spodziewali. Genialne solowe popisy i równie genialne współbrzmienie, po prostu byli klasą dla samych siebie. Na pewno nie jestem obiektywny, nawet nie chcę i nie próbuję. Po prostu to jest ten rodzaj muzyki, ten rodzaj emocji, które wprawiają mnie w zakłopotanie. Nie mogło mnie nie zachwycić.
Najpierw bas i zabawki Krzysztofa Ścierańskiego… matko, co ten człowiek robił z tą swoją gitarą… i perkusja jeszcze, i jeszcze ta perkusja… Jarek raptem chwilę wcześniej powiedział, że perkusja to najważniejszy element każdego zespołu… Panie Adamie… ukłony… jeśli ktoś nie uwierzył w te słowa, to na pewno po tym występie to zweryfikował.
W czasie wywiadu lider trio zarzekał się, że nie spali gitary w Trzebnicy, jak to mu się zdarza w czasie wybranych występów. Jednak w czasie solówek, miałem wrażenie, że ta gitara płonie pod jego palcami. Na pewno nie nie byłem osamotniony w tych odczuciach. Poza tym nie przypominam sobie podobnej sytuacji, że zespół musiał dwa razy donosić swoje płyty, gdyż wszystkie się wyprzedały, a tłum krzyczał… mało, mało… Do tego jeszcze długo po koncercie ludzie plątali się po scenie, natrętnie i nieustępliwie polując na autografy i zdjęcia.
- Halo, halo! Tu podpis dla Maćka proszę, dla Małgosi i dla pięknej Basi. Dla mamy, dla siostry i babci brata oraz psa Bobika. Standard, ale nagle:
- Tutaj proszę napisać dla mojej kochającej żony – powiedział właściciel wyciągniętej ręki z otwartą płytą… Ręka mistrza zamarła, spojrzał i pyta:
- Czyli jak ma brzmieć ta dedykacja?
- No proszę pisać: dla mooojej koooochającej żooooony! – padła jedyna oczywista odpowiedź szczęśliwego posiadacza kochającej żony ![]()
Artyści odjechali, emocje lekko opadły, prawie północ. Siedzę w bamboszach i sączę kawę. W tle leci „Fire” z Psychedelic Jarka Śmietany… Wydaje mi się, że to odpowiedni moment na jakieś podsumowanie, błyskotliwą refleksję, złotą myśl… Ale cóż kreatywnego może napisać gość, który nie dość, że większość imprezy słuchał obiektywem, to do tego jest zdeklarowanym fanem w/w artystów? Ale spróbujmy.
Uważam, że pierwszy koncert to był majstersztyk, stonowany, trochę zbyt softowy jak dla mnie, ale pełen smaczków. Natomiast Trio zagrało jakby mniej spójnie. Poszczególne utwory wydawały mi się być bardziej materiałem na popis imponujących umiejętności muzyków, niż na spięcie występu w jednolitą całość. Osobiście ta druga formuła bardziej mi odpowiadała. Jednak oba występy zostały tak umiejętnie zestawione ze sobą, że bardzo dobrze się uzupełniały, serwując różne oblicza jazzu, różne sposoby przeżywania go i interpretowania, przez to stały się nierozerwalną całością. Wchłonąłem to wszystko duszkiem, bez cienia znużenia czy przesytu.

Chciałbym podzielić się jeszcze zasłyszaną opinią artystów, takim ich spostrzeżeniem dotyczącym organizacji tego koncertu, ale również będącego jakąś głębszą refleksją. A mianowicie, niemal standardem już jest, że małe ośrodki kultury o wiele bardziej przykładają się do organizacji swoich wydarzeń niż te znane i popularne kluby wielkich miast. Sądzę, że kiedy tylko dorobimy się sali koncertowej z prawdziwego zdarzenia, to właśnie ludzie z Wrocławia będą przyjeżdżali do nas na festiwale i koncerty, a nie my do nich…
I jeszcze jedna uwaga, która nasunęła mi się po niedawnym koncercie Come Back w klubie Fama. Na takich Jazzach Trzebnickich nie powinno zabraknąć miejsca dla naszych lokalnych artystów i zespołów. Szczególnie, że prezentują wysoki poziom, a możliwość grania przed takimi sławami gatunku, jak w ubiegły piątek, nie tylko wymusiłaby zagranie najlepszego koncertu w ich życiu, ale pozwoliłaby publiczności na zweryfikowanie i potwierdzenie ich wartości.
tekst: Marcin Mazurkiewicz







2012
