Wszyscy powinniśmy czuć się odpowiedzialni za ochronę przed powodzią
Z drem hab. inż. Czesławem Szczegielniakiem, hydrologiem, ekspertem ds. powodzi w Sztabie Kryzysowym Wojewody Dolnośląskiego rozmawia Małgorzata Pawlaczek.

Zarówno Barycz, jak i Orla zaskoczyły wszystkich, szczególnie mieszkańców Korzeńska. Nikt nie spodziewał się również przerwania wałów na polderze Jamnik i tego, że Żmigród będzie zagrożony powodzią. Jak Pan ocenia skalę tego nietypowego dla obu rzek zjawiska?
Można powiedzieć, że to rok powodzi na rzece Barycz i jej dopływie, Orli. Mieliśmy do czynienia z najpoważniejszymi przekroczeniami stanów alarmowych, które w dodatku były również długotrwałe. Na rzece Orla tak wysoki stan wód, jak zarejestrowany przez wodowskazy w Korzeńsku nie zdarzył się już od dziesiątków lat. Ostatni raz w marcu 1940 roku. W efekcie tegorocznej powodzi, jak wiadomo, nastąpiło przerwanie wałów i zatopienie drogi krajowej nr 5. To niezwykle rzadkie zdarzenie, by rzeka o stosunkowo niewielkiej zlewni jak na rzekę nizinną spowodowała tak znaczne straty gospodarcze, w tym wyłączenie „krajówki” na kilka tygodni z ruchu.
Byliśmy nieprzygotowani na taką sytuację?
W tym kontekście to pytanie pojawia się zupełnie naturalnie. Trochę rozszerzyłbym problem i zastanowił się, czy jesteśmy w ogóle dobrze przygotowani na ochronę przed takimi zjawiskami. Ale jak widać – zdecydowanie nie. Sadzę, że nie docenialiśmy w wystarczającym stopniu potencjału powodziowego rzek nizinnych.
Nie pomogłyby żadne środki zapobiegawcze?
Od ostatnich poważnych powodzi o charakterze roztopowym minęło wiele lat. Dlatego nawet ci inżynierowie i specjaliści-hydrolodzy, którzy powinni posiadać wiedzę w tym zakresie, często nie tylko nie otrzymali jej w trakcie studiów, ale też nie mieli okazji zdobyć jej podczas praktyki zawodowej. Z tego prostego powodu, że nie było od „zimy stulecia” przełomu lat 1978/79 wezbrań o charakterze roztopowym na tak dużą skalę.
Człowiek był więc wobec przyrody kompletnie bezradny?
Zakładam, że można było ochronić drogę krajową nr 5, ale odpowiednie działania trzeba było podjąć z wyprzedzeniem. Przypuszczam jednak, że nawet miejscowe służby zajmujące się prewencją nie przewidziały skali tego zdarzenia, stąd nie podjęto właściwych prac. Nie jest przecież problemem ułożenie prowizorycznej zapory wzdłuż drogi. Nawet liczącej kilkaset metrów i składającej się z worków z piaskiem. Podkreślam jednak, że prognozowanie wielkości wezbrań pochodzących z roztopów jest dość słabo rozpoznane, ponieważ tych zdarzeń w ostatnich latach było niewiele. Oddziaływanie wysokiej temperatury w połączeniu z wilgotnością powietrza sprzyja szybkiemu topnieniu śniegu. Gdyby wykonywano u nas prognozy ilościowe, można by określić, ile wody ze śniegu trafić może do rzeki na skutek nagłego ocieplenia. Zespół zarządzania kryzysowego otrzymałby wówczas z odpowiednim wyprzedzeniem od służb meteorologicznych i hydrologicznych prognozy z informacją o możliwym kilkudniowym ociepleniu i spodziewanym przyborze wody w rzekach. To byłoby wystarczającym argumentem do podjęcia działań zabezpieczających, prewencyjnych. Jeśli takiej prognozy nie ma – nie przeprowadza się odpowiednich prac. Kto będzie na darmo szarpał się w śniegu z jakimiś pasami ziemnymi, czy workami z piaskiem?
Ale powodzie w ogóle przecież były. Nie dalej jak w maju ubiegłego roku borykał się z nimi niemal cały Dolny Śląsk.
Co więcej nawet w lutym ubiegłego roku, kiedy można było spodziewać się powodzi roztopowych największe ich natężenie nie spowodowało takiego przyrostu stanów wody, jak obecnie obserwowane na zlewni Baryczy i na rzece Orla. Z analiz dokonanych przeze mnie na podstawie tych danych wynika, że zjawisko kształtowania się wezbrań roztopowych ma zupełnie inną genezę i powstaje odmiennie od powodzi wywołanych opadami deszczu. Referowałem to zagadnienie i wypowiadałem się na ten temat już w roku ubiegłym. Doszedłem bowiem do istotnych dla naszego regionu wniosków, że w czasie roztopów to nie ze strony potoków górskich spodziewać się można największego zagrożenia, ale najniebezpieczniejsze są rzeki nizinne. Szacowałem, że u nas to właśnie Barycz z jej dopływami oraz Widawa wraz z topnieniem śniegu mogą grozić poważną powodzią. Niestety, sprawdziło się.
Co w tym roku przyczyniło się do powstawania powodzi roztopowych na tak dużą skalę?
Mieliśmy w drugiej połowie stycznia dość nietypowe zjawisko długotrwałego ocieplenia. Jego efektem było równomierne i dość szybkie topnienie pokrywy śniegu na większości obszarów Polski. Równomierne topnienie śniegu powoduje z kolei równomierne zasilanie rzek wodą z tającego śniegu. Przybór fali powodziowej odbywa się proporcjonalnie do wielkości powierzchni zlewni zasilającej daną rzekę. Trzeba też pamiętać, że na ten stan rzeczy składa się szereg innych czynników, takich jak pogoda, temperatura, wilgotność powietrza czy opady deszczu. Z mojego punktu widzenia natura dostarczyła nam w skali 1:1 możliwość przeprowadzenia doświadczenia, które potwierdza hipotezy hydrologów. Było to zjawisko modelowe dla specjalistów, interesujących się genezą powodzi występujących na skutek roztopów. Powinno służyć jako wzorzec, punkt odniesienia na przyszłość.
Jakie praktyczne wnioski należałoby wyciągnąć z tej katastrofy?
W mojej ocenie na Baryczy i jej dopływach obwałowania są zbyt blisko siebie. To oznacza, że za bardzo zawężono pole przepływu dla wód powodziowych. Równie niekorzystna jest budowa wysokich wałów na słabym podłożu, bo woda właśnie taki wał podmyje i rozerwie. Prawdopodobnie z tym zjawiskiem mieliśmy do czynienia na Orli. Do tego długotrwałe utrzymywanie wysokich poziomów wody, powyżej brzegu oddziałuje niekorzystnie na obwałowania, które ulegają nasiąknięciu i z biegiem czasu ich wytrzymałość jest coraz słabsza. Jeśli poziom wody podnosi się jeszcze na skutek zasilania wodą spływającą z górnych partii zlewni dochodzi w krytycznym momencie do przerwania wałów. Takie właśnie zdarzenia miały miejsce i na Baryczy, i na Orli.
Latem powinno się zatem podjąć działania związane z umocnieniem wałów?
Mamy tysiące kilometrów obwałowań, które wymagają zabiegów określanych jako konserwacja bieżąca. Dopiero po powodzi majowej w roku 2010 wydane zostało specjalne zarządzenie, zobowiązujące wszystkie służby skupione w regionalnych zarządach melioracji wodnych do dwukrotnego koszenia wałów. To jest najprostszy zabieg. Koszenie pozwala odsłonić wszystkie uszkodzenia. Trawy i krzaki je zasłaniają, a warto pamiętać, że spory udział w mechanicznych uszkodzeniach wałów mają chociażby bobry, których w naszym regionie jest coraz więcej. Dostrzeżone obniżenie korony wałów, ich osłabienie – to wszystko powinno być naprawione.
Kto powinien się tym zająć?
W tej chwili nie mamy przy starostwach stanowiska melioranta na etacie, którego obowiązkiem powinna być dbałość o infrastrukturę i urządzenia melioracyjne na danym terenie. Kiedyś tak było. Podobnie jak mieszkańców obowiązywała praca nad oczyszczaniem rowów czy poprawą ich stanu. Nie wiem, czy nie powinniśmy do takich praktyk wrócić? Pod okiem specjalisty mogłyby być wykonywane prace konserwacyjne na podstawowych obiektach, służących do ochrony przed powodzią. Nie musi być przecież tak, że tylko powódź mobilizuje ludzi do pomocy i współpracy. Dobrze, że tak się dzieje, ale jeszcze lepiej, jeśli tego rodzaju inicjatywy będą przemyślane, zorganizowane, a ich efektem będzie poprawienie stanu bezpieczeństwa przeciwpowodziowego bez oczekiwania na bardzo duże środki finansowe.
Głosi Pan bardzo niepopularne opinie. Przyjęło się, że bez pieniędzy niewiele da się zrobić. Pan sądzi, że można inaczej?
Dam prosty przykład, choć nie z rodzimego podwórka. Holendrzy wypracowali system finansowania funduszu, z którego środki przeznaczone są na eksploatację, rozwijanie i unowocześnianie urządzeń gospodarki wodnej. Każda rodzina obłożona jest rocznym podatkiem w wysokości 800 euro. To znaczna kwota, ale za te pieniądze specjalistyczne firmy modernizują i utrzymują w należytym stanie całą infrastrukturę.
Nadal chodzi o pieniądze... Chciałby Pan, żeby podobny system finansowania urządzeń gospodarki wodnej obowiązywał w Polsce?
Nie chodzi o pieniądze. Można w skali makro, wzorem Holendrów, składać się na utrzymanie tych urządzeń, ale jeśli nas na to nie stać, angażujmy się społecznie. Praca również może stanowić cenny wkład w konserwację i modernizację infrastruktury melioracyjnej. Takiej solidarności nam potrzeba, żeby rozwiązać problemy gospodarki wodnej w długiej perspektywie. Wszyscy powinniśmy mieć świadomość, że to nasz wspólny obowiązek – partycypowanie w kosztach, bądź świadczenie pracy na rzecz utrzymania urządzeń wodnych, zapewniających ochronę przed powodzią.
Metody z minionej epoki, ale może faktycznie skuteczne? W małych społecznościach wcale nie jest trudno o tego rodzaju wspólną inicjatywę.
No, właśnie. Oczekuje się od Marszałka, że sfinansuje inwestycje w urządzenia melioracyjne, a ten z kolei szuka źródeł finansowania w budżecie państwa. Tymczasem szereg prac, które służą ochronie przed powodzią można wykonać w sposób przemyślany, wcale nie angażując poważnych środków finansowych. Jest potrzebna tylko dobra organizacja i chęci. Czyli zainteresowanie mieszkańców, organizacja pracy przez służby, jakimi zawiaduje starosta na danym terenie, czy też wójt lub burmistrz na terenie gminy. Jak się zostawi całą tę infrastrukturę, a więc tysiące kilometrów wałów, rowów, różnego rodzaju zastawek samym sobie, to jej stan będzie właśnie taki jak obecnie. Mamy do czynienia z totalną dekapitalizacją tej infrastruktury, która w terenie najczęściej już jest, istnieje. Trzeba jednak od czasu do czasu coś wyremontować, naprawić, żeby zagwarantować sprawne działanie urządzeń, służących do odprowadzania wody bądź jej magazynowania, kiedy jest taka potrzeba. Zatem, w mojej opinii, takie kompleksowe spojrzenie na systemy wodne powinno zaczynać się od sołectwa, poprzez gminę, aż po starostwo powiatowe.
Wiosną czeka więc samorządowców sporo pracy?
Z całą pewnością jest to poważne zadanie dla wójtów, burmistrzów i starostów. Kto ma rozwiązać problemy mieszkańców, żyjących nad rzekami i górskimi potokami, jak nie zorganizowany zespół, kierowany przez fachowca? Lokalne społeczności powinny móc liczyć na pomoc wykształconego specjalisty, najlepiej zatrudnionego przez samorząd, który wie, jak temat zapobiegania powodzi rozwiązać, jakie prace należy wykonać i jak je zorganizować. Najlepszy byłby taki fachowiec, który zna teren, specyfikę regionu i powinien podpowiedzieć, jak ochronić ten obszar przed ewentualną powodzią. Ex cathedra nie da się jednak złotych recept wypowiadać...
Ale roszczeniowa postawa nie znajduje w Pana oczach uznania?
Utarło się takie myślenie, że duże projekty zapewnią ochronę przed powodzią wszystkim mieszkańcom w dolinie danej rzeki. Tak jest np. z programem „Odra 2006”. Wielokrotnie podkreślałem, że to jest złudne i nierealistyczne oczekiwanie, bo w wyniku realizacji tego programu, niestety, nie zapewnimy bezpieczeństwa powodziowego absolutnie wszystkim mieszkańcom dorzecza Odry. O poszczególnych regionach należy myśleć indywidualnie, rozpatrując i rozwiązując ich problemy na miejscu. Nie powinno się oczekiwać, że ze szczebla centralnego czy wojewódzkiego każdy szczegółowy przypadek będzie rozważany, a prace zrealizowane.
A co z Baryczą?
Akurat w przypadku Baryczy nie mamy do czynienia z niewielkimi, lokalnymi podtopieniami. Skala zjawiska jest dość poważna. Odpowiednie działania zaplanować więc trzeba na szczeblu Dolnośląskiego Zarządu Melioracji i Urządzeń Wodnych we Wrocławiu, a niezbędne prace wykonane zostaną zapewne z funduszy Marszałka. Konieczne jest przede wszystkim udrożnienie rzeki, a także wzmocnienie i przebudowa wałów.
Jaki będzie dalszy scenariusz? Co stanie się z wodą, która dziś nie mieści się w korycie Orli i Baryczy?
Już teraz widać, co będzie się dalej działo. Z danych obejmujących okres od 21 do 28 stycznia wynika równomierna tendencja do opadania poziomu wody i natężenia przepływu. Choć cały czas lustro wody znajduje się powyżej stanu alarmowego. Przez tydzień poziom wody na Orli obniżył się o 0,5 metra i ta spadkowa tendencja powinna się utrzymywać. Sytuację mogłyby zmienić obfite opady śniegu lub deszczu, ale na to się nie zanosi. W ciągu tygodnia woda powinna opaść do granicy stanu alarmowego. Na Baryczy proces ten będzie trwał jednak trochę dłużej.
Dziękuję za rozmowę.
Dr hab. inż. Czesław Szczegielniak – hydrolog z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Autor programu przeciwpowodziowego dla Opola, Kędzierzyna-Koźla i Raciborza oraz współautor studium wykonalności dla Wrocławskiego Węzła Wodnego. Ekspert w Sztabie Kryzysowym Wojewody Dolnośląskiego. Prezes Zarządu Wrocławskiej Rady Federacji Stowarzyszeń Naukowo-Technicznych NOT we Wrocławiu.
Dodaj komentarz
1. Są sprzeczne z prawem lub zasadami współżycia społecznego
2. Naruszają prawa osób trzecich
3. Są wulgarne lub obsceniczne
4. Propagują przemoc, nienawiść rasową, nienawiść religijną lub są w inny sposób naganne
5. Są związane z polityką
6. Są reklamą








2012

Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.